Uczta dla oczu (chyba, że ktoś Ci je zjadł) i wszystkie czarne odcienie miłości w musicalu Rodzina Addamsów w Teatrze Syrena [opinia]


To nie tak, że wybierając się na musical o postaciach znanych z horrorów komediowych możecie spodziewać się jedynie odciętych odnóży, tortur i czarnego humoru niejednokrotnie doprowadzającego do facepalma. Jasne, tego również nie zabraknie. Ale po spektaklu może okazać się, że pod warstewką kurzu, nietoperzych odchodów i zniszczonych płyt nagrobkowych ukryta była bardzo poważna i poruszająca do głębi historia o miłości. A nawet o kilku miłościach. Specyficznych, owszem, ale nadal o miłościach. Poza tym – od miłości do zabójstwa w afekcie droga niedaleka, zawsze to jakieś płomienne uczucie.

Tekst dotyczy dwóch spektakli w Teatrze Syrena, które miałam przyjemność obejrzeć, 6.09.18 oraz 11.09.18. A owszem, celowo polowałam na dni, w których trafię na najbardziej zróżnicowaną obsadę. 

Tu i ówdzie mogą znaleźć się drobne spoilery, ale zakończenia nie zdradzam


Zastanawiam się, czy istnieje na tym łez padole istota, która nie znałaby chociaż jednej postaci z Rodziny Addamsów – hiszpańskiego macho z wąsikiem i szpadą, ponurej famme fatale w za wąskiej sukience, ich aspołecznej córki z utratą zdolności do uśmiechu, masochistycznego syna z zamiłowaniem do krzesła elektrycznego, przewodzącego prąd pulchnego wujka, jęczącego pod nosem kamerdynera z miotełką lub nieobliczalnej babci, która właściwie to nie wiadomo, czyją jest matką. Zaczęło się w latach 30. od Charlesa Addamsa i jego komiksów, w których to mroczna rodzina zakochana w czerni i pająkach pojawiła się po raz pierwszy a z tego co poczytałam wynika, że pan był wyjątkowo dziwny i nie jestem pewna, czy to była tylko celowa stylizacja. Specyficzne postacie i czarne poczucie humoru przyjęło się na tyle, że rodzinka doczekała się własnych seriali i filmów łączących horror z komedią, które przyniosły im jeszcze większą popularność i rozpoznawalność. W 2010 roku na Broadwayu zadebiutowała wersja musicalowa tego tytułu, którą zdecydowano się przenieść...

"TUŻ ZA ROGIEM", CZYLI DO POLSKI! TĘDY, MOJE DROGIE NIEUMARLAKI!


Mimo moich obiekcji związanych z pomysłem przeniesienia tak specyficznego, amerykańskiego humoru na polski grunt dość długo żałowałam, że nie udało mi się wybrać na Rodzinę Addamsów, gdy była jeszcze grana w Gliwickim Teatrze Muzycznym, który bezdusznie zmienili w dramatyczny, a toż to była kopalnia talentów, ludzie, ja nawet pamiętam High School Musical w ich wykonaniu. (ogólnopolska prapremiera w 2015 roku). Wtedy nie było nam po drodze, zainteresowanie pojawiło się w momencie, gdy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę W całkiem nową stronę (ang. Pulled) w wykonaniu Macieja Pawlaka na koncercie Broadway Babies. Niezwykle ucieszyła mnie więc wieść, że skład realizatorski z gliwickiej wersji Addamsów, czyli Jacek Mikołajczyk (reżyseria i przekład), Ewelina Adamska-Porczyk (choreografia), Ilona Binarsch (kostiumy i charakteryzacja), Grzegorz Policiński (scenografia i światło) decyduje się na odświeżenie tego tytułu w warszawsko-poznańskiej koprodukcji. W ten sposób premiera Rodziny Addamsów na nowo pojawiła się na deskach teatrów – 8 września 2018 roku w Teatrze Syrena w Warszawie oraz 22 września w Poznańskim Teatrze Muzycznym.

fot. Kasia Chmura

"JEST ŹLE", CZYLI TO NIE MOGŁO SIĘ UDAĆ...


Zanim przejdziemy od omówienia wszystkich czarnych odcieni miłości pojawiających się w tej produkcji, muszę się Wam do czegoś przyznać. Bałam się. Jeszcze 5 minut przed wejściem do Teatru Syrena naprawdę się bałam. To jak z Hamiltonem, przed zobaczeniem którego słyszałam w głowie głos "nie lubisz tematyki historycznej, po kiego grzyba chcesz to oglądać?". Słyszę głosy? Chyba pasowałabym do Addamsów. Do Rodziny Addamsów byłam nastawiona dość sceptycznie, a odświeżenie sobie filmów Sonnenfelda kilka dni przed spektaklem tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że o ile bohaterowie serii są ciekawi, to ten typ poczucia humoru nie jest w moim stylu i parsknięcie śmiechu wydobywające się z mojego gardła w towarzystwie lekko uniesionej brwi jest raczej wynikiem litości, niż faktycznego rozbawienia.
A potem weszłam na salę. Usiadłam w fotelu. Usłyszałam trzeci dzwonek.
I zaczęło się.

fot. Kasia Chmura

...OJ, JEDNAK MOGŁO, CZYLI "W CAŁKIEM NOWĄ STRONĘ"


Jestem zaskoczona. Niezwykle pozytywnie zaskoczona.
Przede wszystkim warto zaznaczyć, że musical nie jest odzwierciedleniem fabuły zapożyczonej z filmów czy komiksów, a całkiem nową historią stworzoną przez Marshalla Brickmana, Ricka Elice'a (libretto) i Andrew Lippa (muzyka i teksty piosenek). Poznajemy nowe postaci, które nie zostały wykreowane przez Charlesa Addamsa – rodzinę Beineke, młodego Lucasa wraz z rodzicami, Alice i Malem. Okażą się oni niezwykle istotni w tej produkcji, bo to właśnie ich obecność doprowadza do wszelkich nieporozumień, twistów fabularnych i zmian – zmian zachodzących w obu rodzinach za pośrednictwem tej drugiej. W zasadzie nie wiadomo, kto tu robi za terapeutów rodzinnych drugiej strony. To chyba transakcja wiązana. Lucas bowiem okazuje się być wybrankiem serca Wednesday, najstarszej latorośli Morticii i Gomeza. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby Lucas także kochał spać w trumnie. Ale nie. Nie dość, że chłopak chce zostać pisarzem, to jeszcze przy próbie wymówienia jego nazwiska z odpowiednim akcentem Lucas Beineke zmienia się w Lucas z Bajki. Albo z Bańki. Co więcej, Lucas tak wpływa na młodą Wednesday, że ta zaczyna dostawać kolorków na policzkach, ciągnie ją do śpiewających ptaszków i Justina Biebera, a w jej klatce piersiowej chyba zaczyna bić serce. Co za dużo to niezdrowo, rzekłby Lurch, gdyby coś mówił, ale zakochanej parze nie przeszkadza to w planowaniu zaślubin – tylko jak powiedzieć o wszystkim rodzicom, gdy jedni pochodzą z Oklahomy, a drudzy z krypty?


Rodzina Addamsów - zdjęcieRodzina Addamsów - zdjęcie

"POCZUJ ZEW CIEMNOŚCI", CZYLI UCZTA DLA OCZU, CHYBA ŻE KTOŚ CI JE ZJADŁ


Załóżmy, że jednak jesteś jedną z tych osób, które historiami o miłości kochanków pochodzących z dwóch różnych grobów rodów nie są zainteresowane. Czy masz zrezygnować z tego musicalu? Nie! *wykrzyknęła głosem z zaświatów* Produkcja ta robi ogromne wrażenie wizualne i chyba to właśnie na aspektach wzrokowych skupiłam się przy pierwszej wizycie w teatrze. Dopiero kiedy już wiedziałam co się wydarzy i że krwawiące duchy, które uznałam za fuuu patrząc na zdjęcia promocyjne ze spektaklu nie są tak straszne, mogłam wybrać się na powtórną wycieczkę do Syreny, by skupić się na treści i przesłaniu. I usiąść bliżej sceny, co by zobaczyć, że duchy rzeczywiście są jednak fuuu.
Faktycznie praca, jaką wykonano w ramach charakteryzacji i scenografii, rzuca na kolana. Na scenie znajduje się wielki "składany" domek, z wnętrza którego poszczególne wydarzenia prezentowane są widzom. Wszędzie utrzymano ten mroczny, lekko zatęchły klimat średniowiecznej willi, a do nas docierają coraz to nowe bodźce – ciemność delikatnie pokonywana przez światło świec, echo kapiącej w lochach wody czy dźwięk chrupania wydobywający się z olbrzymiej, mięsożernej rośliny, która posiliła się właśnie jakimś uroczym zwierzątkiem. Kim by też była Rodzina Addamsów, gdyby nie cmentarz i stado nieumarłych przechadzających się po publice i przykucających na brzegu sceny? Nie zdziwcie się, jeżeli jakiś blady stwór zerknie nas Was swymi przekrwionymi oczkami. Kostiumy i make-up to stanowczo jedna z najmocniejszych stron tej produkcji i pewnie niezwykle pracochłonna.

fot. Kasia Chmura

"RADOŚĆ/SMUTEK", CZYLI AMERYKAŃSKI DOWCIP VS POLSKI ŻART


Moje największe obawy związane z Rodziną Addamsów dotyczyły poczucia humoru. Jak wspomniałam, film mnie nim nie oczarował i podobnych, lekko kiczowatych żartów spodziewałam się na musicalu. Całe szczęście, że wróżka ze mnie kiepska. Oczywiście nie mogło zabraknąć tak typowego dla tego tytułu dowcipu, jednak twórcy ewidentnie postarali się, by dopasować go do polskich realiów. Humor wydał mi się bardziej wyważony i faktycznie zabawny, często też zmieniany w zależności od wcielającego się w postać aktora, co jest zasługą reżyserii i przekładu Jacka Mikołajczyka, ale także spontanicznych reakcji artystów. Wychwycenie takich małych perełek zawsze zaskakuje, bawi i może stanowić pewnego rodzaju puszczenie do nas oka, a dla samych aktorów choć chwilowe oderwanie się od sztywnej roli i odtwórczości. W ten sposób dzieci nie chcą się bawić z grubaskiem lub z blondaskiem, a melodia ManaManam może zmienić się w Deszcze niespokojne. Swoją drogą przez te trzy godziny wiele popkulturowych i typowo polskich nawiązań może dopatrzeć się uważny widz. Znalazło się miejsce na Deszczową piosenkę, Koronę Królów, Hankę Mostowiak z kartonami, czy sylwetkę jednego z naszych polityków. 

fot. Kasia Chmura

"TANGO DE AMOR", CZYLI WSZYSTKIE CZARNE ODCIENIE MIŁOŚCI


Po tym przydługim wstępie, który nie wiem, jak powstał, magia jakaś, to te moje musicalowe flow, zabierzcie to, bo tak się żyć nie da, przejdźmy do pięknego i czarnego uczucia, jakie rządzi musicalem Rodzina Addamsów. Jak się przymknie oczy na humor, krew i pająki, to można dostrzec, że to właśnie miłość wysuwa się na prowadzenie w całym spektaklu, to ona tworzy relacje między poszczególnymi postaciami i pcha fabułę do przodu. Pozwolę też sobie zamieścić tu kilka słów o obsadzie i dokonać jej porównania z zastrzeżeniem, że nie można powiedzieć, by któryś aktor był gorszy, po prostu każdy tworzy inną kreację postaci i wszystko zależy od tego, jakiego charakteru oczekujemy (PS. to moja opinia i mój odbiór). Jest to w tym miejscu o tyle ważne, że miłość ta zmienia się w zależności od postaci i obsady, ale: zawsze. jest. czarna.


Czarna miłość romantyczna – czyli główny trzon fabuły, Wednesday + Lucas, zakochana na zabój para młodych ludzi, z której każdy jednocześnie chce być sobą, ale i zmienić się dla swej drugiej połówki. Charles Addams tego nie przewidział, dla niego Wednesday zawsze była mrocznym pomiotem; pewnie nie dopuszczał do myśli, że mogłaby być zafascynowana Justinem Bieberem i Disneylandem, a tak właśnie wpływa na dziewczynę uczucie zakochania. Wednesday w wykonaniu Weroniki Bochat-Piotrowskiej stwarza wrażenie postaci wyjątkowo dopasowanej do oryginalnej twórczości Addamsa, zadziornej, agresywnej i buńczucznej, również głosowo, jakby nie godziła się, by jakikolwiek kolor tlący się w jej wnętrzu mógł się uzewnętrznić, a miłość zabrała jej czerń z serca. Wednesday Agnieszki Tylutki jest nieco łagodniejsza i mniej mroczna, bardziej delikatna i dziewczęca, jakby uczucie już całkiem wypełniło jej serce, a czerń pozostała tylko na wierzchu, widoczna w makijażu i fryzurze. Lucas w wykonaniu Macieja Pawlaka wydaje się nieco nieśmiały, momentami dziecięco przerażony zachowaniem rodziny ukochanej, jednocześnie jest bardziej dynamiczny, spontaniczny i ślepo zakochany w wybrance, co widać w ich każdej wspólnej scenie. Karol Drozd stworzył Lucasa bardziej opanowanego i pewnego siebie, którego po prostu zaskoczyła i przerosła sytuacja rodzinna Wednesday i który stara się, mimo nerwów, zrobić na jej rodzicach dobre wrażenie. PS. Kocham piosenki Większego świra mam oraz W całkiem nową stronę. Nie mogę ich wyrzucić z głowy, help me.


Czarna miłość namiętna – czyli postacie-ikony, mroczne małżeństwo Morticia + Gomez spędzające większość życia w lochach lub sypialni. Relacje zachodzące między tą dwójką i zasady panujące w ich życiu sprawiają, że sceny z nimi są zawsze pełne emocji, humoru i czasem dosłownie lecących iskier. Anna Terpiłowska w niezwykle dostojny sposób prezentuje powagę i wyższość Morticii, nie wahając się przy tym rzucić sarkastyczną uwagą czy kpiącym uśmiechem. Ma przy tym niezwykle drapieżny głos, który wyjątkowo pasuje mi do tej postaci. Bierze sobie do serca rolę matki i ochronę dzieci przed szczęśliwym i kolorowym światem. Tomasz Steciuk swoją mimiką i głosem idealnie prezentuje hiszpańskiego macho, który dla rodziny może szpadą przebić wrogowi serce, by za chwilę pokazać, że nawet blisko mu do pantofla i całkowitego podporządkowania żonie. Ale to wszystko przez miłość! Scena ich tanga, w którym uczucie miesza się z nienawiścią a zdrada z wybaczeniem, robi ogromne wrażenie. Dwójka ta o wiele bardziej przypadła mi do gustu, niż aktorzy z oryginal Broadway cast z chicagowskiego spektaklu – tam głosu Morticii słuchałam z grymasem na ustach (Bebe Neuwirth), a Gomez w typie Ojca Chrzestnego kompletnie mnie nie ruszył (Nathan Lane).

Czarna miłość międzypokoleniowa – czyli miłość rodzinna, widoczna w całym spektaklu. Rodzina, martwa czy żywa, jest najważniejsza i miłość do niej może objawiać się na wiele różnych sposobów. Podczas musicalu możemy zauważyć różnice w miłości rodzicielskiej – Morticia i Gomez w stosunku do Wednesday i Pugsleya oraz Mal i Alice w stosunku do Lucasa, miłości między rodzeństwem (w którym tortury są wyrazem największej miłości), czy tej między kilkoma pokoleniami wstecz, czyli Beaty Jankowskiej-Tzimas jako Babci, czyjejś tam matki, postaci szokującej każdego widza. Ten spektakl to jedna, wielka, dziwnie kochająca się rodzina.


Czarna miłość niespełniona – Wujek Fester + ... Hmm. Dość specyficzna, okrągła i błyszcząca postać. Fester jest o tyle ważny w tej produkcji, że jest niejako naszym narratorem i to właśnie on będzie często zwracał się do widzów. Nie odmówił sobie więc tej przyjemności, by zdradzić nam swój mały, miłosny sekret. Fester jest także nieśmiały i nie narzuca się swojej wybrance – jednak potajemnie urządzają sobie nocne schadzki. Porównywalnie w tej roli odnalazło się dwóch aktorów, których miałam okazję oglądać – Damian Aleksander oraz Marcin Słabowski.

Czarna miłość wygaszona – Alice i Mal to z pozoru szczęśliwe małżeństwo, w którym "z pozoru" jest wyrażeniem kluczowym. Kiedyś w sobie zakochani, teraz dojrzali, poważni, z dziećmi i kredytem. Żyją z dnia na dzień i chyba dopiero wizyta u Addamsów uświadamia im, jak wiele zatracili przez lata. Michał Konarski w roli Mala jest typowym mężem i ojcem z pilotem w ręku, natomiast Katarzyna Walczak jako Alice otrzymała chyba jedne z największych owacji. Jej dynamiczna, rozchwiana emocjonalnie zmieniająca się z sekundy na sekundę postać wbiła wszystkich w fotel. Ta dwójka ma w musicalu o wiele większą rolę, niż można się początkowo spodziewać.

Czarna miłość czysta – to kamerdyner Lurch i jego miotełka do kurzu. Nie rozstają się. Razem śpiewają i tańczą. Są nierozłączni. To jedyna w tym spektaklu miłość bez nieporozumień i zazdrości. Przynajmniej dopóki Lurch nie kupi odkurzacza. W tej roli dwóch wysokich i małomównych panów – Kamil Zięba i Bartłomiej Wiater.


KONIEC AKTU, WIĘC "WYZNAJ SEKRET" i "ZATAŃCZMY JESZCZE RAZ"


Tak, przyznaję, Rodzina Addamsów mnie zaskoczyła. Tak, przyznaję, myślałam, że wybiorę się na to raz, bo obiecałam sobie chociaż jednokrotnie zobaczyć każdy istniejący musical (tak, przyznaję, mam listę do wykreślania). Nie spodziewałam się, że po powrocie zacznę przeglądać kalendarz, repertuar oraz swój pusty portfel. Że po tygodniowej przerwie wybiorę się na ten sam spektakl raz jeszcze. Że przy drugiej wizycie odkryję jeszcze więcej i będzie mi towarzyszyła myśl, że wciąż zostało coś nieodkrytego. Jestem także pewna, że to nie był drugi i ostatni raz. Wrócę. Może nie będzie jak z Rapsodią z Demonem, na którą swojego czasu chodziłam przynajmniej raz w miesiącu, ale niech nam Addamsi królują w Syrenie jak najdłużej, bo będę chciała jeszcze wpaść.

ZOBACZ TAKŻE: 10 rzeczy, które zaskoczyły Marticię na Rodzinie Addamsów w Teatrze Syrena

Pamiętaj, że wszystkie teksty na tej stronie powstają z przymrużeniem wybrednego, marudnego oka.


Jeżeli także jesteś fanem musicali, dołącz do grupy uMUSICALnieni. Mamy newsy z ostatniej chwili, dyskusje, ogłoszenia o biletach i ciasteczka i mieliśmy ciasteczka, ale wszystkie zjadłam.

Share this:

2 komentarze :

  1. Ja byłam na Rodzinie Addamsów trzy razy! I niestety (chociaż dla mnie stety) byłam na praktycznie tych samych obsadach. Marta Wiejak jako Morticia to moja zdecydowanie ulubiona Morticia, a Pzemysław Glapiński, moim zdaniem, dużo lepiej wczuł się w postać Gomeza. Weroniki Bochat niestety nie widziałam, ale zgadzam się, że Wednesday Agnieszki Tylutki jest trochę delikatniejsza, ale moje serce skradła Anastazja Simińska! Także jako Beineikowie wg mnie najlepsi byli Jolanta Litwin-Sarzyńska, Michał Konarski i Karol Drozd! Zresztą cały musical to mistrzostwo! Scenografia, dobór aktorów (idealny!), poczucie humoru (Hanka w kartonach, nogi Morticii i żart o babci przed utworem "Śmierć się czai tuż za rogiem" były genialne!) Chociaż byłam 3 razy to na pewno jeszczę wrócę! Nie mogę się przekonać, żeby zobaczyć inną Morticię, ale boję się, że nie będę miała wyjścia :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak zawsze mam z obsadami. Z jednej strony zależy mi na możliwości poznania nowych twarzy i głosów, a z drugiej, jak już mam zapłacić, to chcę wiedzieć, że będę zadowolona i zapłacić za coś sprawdzonego :D

      Usuń

 
Copyright © Kulturalnie Wybredna Maruda. Designed by OddThemes