Krótko i Wybrednie o... Kłamstwa Locke'a Lamory / Scott Lynch [ opinia ]

Kłamstwa Locke'a Lamory recenzja

Nie ukrywam, że wymagania od Scotta Lyncha miałam dość wysokie. Przede wszystkim dlatego, że Kłamstwa Locke'a Lamory, czyli pierwszy tom serii Niecni Dżentelmeni, często porównywano do Szóstki Wron czy Z Mgły Zrodzonego, które uwielbiam, a nawet zdarzały się głosy, jakoby Lynch stworzył coś o wiele lepszego.
Tylko że... To nie był mój głos.


Ja przed lekturą

Ja po lekturze


W centrum uwagi jest grupka młodych ludzi jakby wyciągniętych z heist movie, parających się kradzieżami (w tym tytułowy Locke), uwikłanych w większą sprawę związaną z polityką, arystokracją, magią i niewybaczonymi krzywdami sprzed lat i beczkami pełnymi końskiej uryny.  Nie powiem, żebym jakoś się z nimi związała, z bohaterami, nie z końską uryną, chociaż Locke okazał się faktycznie interesującym charakterem z nietypowymi umiejętnościami aktorskimi i ripostą przygotowaną na każdą ewentualność. To on sprawiał, że momentami pojawiał się na mojej twarzy uśmiech i chciałam pokiwać mu przed twarzą palcem ze słowami tititit cwaniaczku!

Ale to chyba tyle.

Znaczy tak – książka jest dobra. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ma tak wysokie oceny na Goodreads, a jednocześnie wiem, dlaczego przeszła w Polsce bez większego echa. Ma zawiłą intrygę, mnóstwo postaci różniących się od siebie osobowością czy motywacjami i dokładnie dopracowany świat pełen szczegółowych opisów i zasad związanych z hierarchią.

Jednak.

W intrygę wciągnęłam się w zasadzie pod koniec całej, dość pokaźnej, cegiełki. Przez większą część historii miałam wrażenie, że nie wiem, po co to czytam, że nie idziemy w żadnym konkretnym kierunku, że nie mamy jakiejś jednej wielkiej misji, na finał której wyczekuję i tak naprawdę nie wiem, jakiego punktu kulminacyjnego czy zakończenia mogę oczekiwać, przez co nic właściwie mnie nie zaskakiwało. Całość składała się raczej z ciągłych bójek i napadów rozgrywanych po to, by, gdy już jedną osobę uda się oszukać, zacząć planować kolejne kłamstwa i spiski i wystrychnąć na dutka inną ofiarę. Chociaż zabrzmi to dziwnie – w którymś momencie poczułam się zmęczona ilością postaci i rozgrywanych przez nie gierek.

Kłamstwa Locke'a Lamory o czym infografika

Na moje zmęczenie wpłynęła także skrupulatność autora. Fakt, wykreował rozbudowany świat za pomocą wielu dokładnych opisów miejsc, odzieży, posiłków czy scen walki, dzięki czemu nawet osoba z niezbyt bujną wyobraźnią nie będzie miała większego problemu z "unaocznieniem" sobie danej sceny. Okazało się to jednak zarazem wadą, bo gdyby nie opisy, książka byłaby o połowę krótsza, a tym samym, być może, nie tak nużąca. Skoro scena z ucztą, przy stole, potrwa dosłownie trzy zdania i nie będzie w niej w zasadzie ani słowa na temat spożywania posiłku, to nie czuję potrzeby czytania wcześniej trzech stron opisujących każdy półmisek ustawiony na blacie. Nie poczułam nic prócz głodu. No dobra. Znużenie i głód.
Opisy chciałam czasem przekartkować. I chyba po raz pierwszy chciałam zrobić to przy scenie akcji, a dokładniej, walki. Autor tak dokładnie opisywał każdy krok bohaterów, każde spojrzenie, każdy zamach, mrugnięcie i nabrane powietrze, że poważnie myślałam o przeskoczeniu na koniec rozdziału, by po prostu sprawdzić, kto wygrał.

Jednocześnie cała historia okazała się zaskakująco brutalna, co chciałabym zaznaczyć, bo jakoś dziwnie ubzdurało mi się, że to młodzieżówka. Dużo przekleństw, dużo krwi i niezbyt smacznych scen, dużo retrospekcji, które mają wytłumaczyć czytelnikowi zachowanie danej postaci (więc Scott serio postarał się, aby wszystko było jak najmniej papierowe i trzymało się tej przysłowiowej uryny kupy). Doceniam pomysł, doceniam włożoną w tę publikację pracę – ja jednak nie czułam frajdy czy przyjemności z jej lektury. A przynajmniej nie w takim stopniu, jak oczekiwałam.

I jak mówiłam, Locke ma w sobie to coś. Ma i pewnie jest dobrą książką, tylko może nie dla mnie i może nie w tym momencie. Jest na rynku tyle powieści, że chyba niekoniecznie chcę kontynuować tę serię (która ma mieć 7 tomów, każdy po 500-600-700 stron, a podobno drugi tom jest jeszcze nudniejszy). Przeczytałam i jestem zadowolona, że wiem, o co chodzi z tymi licznymi porównaniami, ale dla mnie Lynch znajdzie się jednak na trzecim miejscu, po Sandersonie i Bardugo.

Podobne elementy: Z Mgły Zrodzony, Szóstka Wron, Królowa Tearlingu, Cień i Kość, The Magic Mistfits, Mroczniejszy Odcień Magii, Iluzja, Ocean's Eleven



Bądź na bieżąco!

Share this:

Prześlij komentarz

 
Copyright © Kulturalnie Wybredna Maruda. Designed by OddThemes